Neurodydaktyka - a po co to jest?
Niedawno spotkałam się ze znajomym na szybkiej kawie w podróży z kolejnego szkolenia.
Wiecie jak to jest: rozmowa przy kawie na dworcu Centralnym. I tak od słowa do słowa aż padło pytanie, a właściwie to z czego szkoliłaś?
Zgodnie z prawdą opowiedziałam, że z neurdydaktyki i na prośbę znajomego z entuzjazmem wyjaśniłam, o co w tym chodzi i z czym to się je. Cierpliwie odpowiedziałam na wszystkie pytania, zwięźle wyjaśniłam jakimi zasadami kieruje się neurodydatyka i po co w ogóle warto to wiedzieć, co to daje nauczycielowi, uczniom.
Reakcja znajomego była dla mnie mocno zaskakująca. Zapytał: no ale po co to jest? Po czym zadał mi kolejne pytanie, abym powiedziała, jak zmusić totalnego lenia do nauki.
Gdy zaczęłam cierpliwie tłumaczyć, że nie da się podać gotowej recepty nie znając wszystkich okoliczności, klasy, ucznia, jego możliwości etc. powtórzył pytanie: To po co to jest?
Ręce mi opadły z szelestem. Według niego są to totalne bzdury i albo ktoś chce się uczyć i to robi, albo nie i idzie do zawodówki, a potem do pracy.
I jak tu dotrzeć do takiego ignoranta? Do osoby, która wie wszystko lepiej i nie przyjmuje racji innych?
A może to ze mną jest coś nie tak i niedostatecznie jasno wytłumaczyłam zasady neurodydaktyki?
Z drugiej strony nie da się już jaśniej tego wytłumaczyć.
Jednak widzę w tej sytuacji jedną ogromną zaletę :)
Mam kolejny pomysł na interesujące warsztaty :D
Właściwie powinnam być wdzięczna znajomemu, że tak negował neurodydaktykę!


Komentarze
Prześlij komentarz